poniedziałek, 29 lutego 2016

27 hours in London !!!

   Zapewne bardzo bogate w doświadczenia i inspiracje jest zwiedzanie europejskich stolic...
ale tym razem temu wypadowi towarzyszyła całkowicie inna intencja niż eksplorowanie otaczającego swym pięknem Londynu.

Tower Bridge


   Londyńska historia rozpoczęła swój bieg prawie dwa lata temu, a dokładnie 25. IV. 2014 roku. Serfując po internecie przeczytałam o wystawie Savage Beauty i tak od tej myśli rozpoczęła się moja przygoda.




   Po prostu nie wyobrażałam sobie, żeby nie być tam, w Londynie na tej wystawie !!!
Toż to mój ulubiony, najlepszy z najlepszych projektantów, który tworzył na tym świecie.
A Londyn tak blisko.
To był kwiecień, do marca jeszcze daleko...

   Gdy w końcu zaczęły pojawiać się pierwsze relacje z wystawy "Savage Beauty" moje emocje sięgnęły zenitu.
I te podniecające napięcie wewnątrz mojego ciała...
Siedziałam  w necie i tylko wyszukiwałam informacje na ten temat, a moje podniecenie wspinało się  co raz wyżej i wyżej, a gdy dochodziło do kulminacji to wstawałam i chodziłam to do kuchni, to do łazienki, to na spacer z psem, to do Agnieszki  :) A w środku mnie wszystko chodziło, ale wiecie jak, tak pozytywnie. Euforia, ekscytacja, radość, napięcie, obawa, wszystko się ze sobą mieszało i tworzyło niezły koktajl emocjonalny, który czasem nie pozwalał mi zasnąć do późnych tudzież wczesnych godzin rannych.
Przez dwa miesiące moje myśli pochłaniał Alexander McQueen.
Myślałam, myślałam i myślałam...

   No właśnie, czemu tyle myślałam ??
W owym czasie moja sytuacja finansowa była bardzo nieciekawa.  Potrzebowałam 1000zł żeby kupić bilety na wystawę i na samolot. A miejsca w londyńskim Victoria & Albert Museum kurczyły się bardzo szybko. Przed nami był jeszcze coroczny wakacyjny trip po Polsce, więc mieliśmy powód, by nie wydawać pieniędzy.

   Pamiętam, jak z pomocą znajomych pisałam maila do V&A Museum z zapytaniem, czy czasem nie orientują się czy ta wystawa pojedzie do innego miasta np. Berlina :) Odpowiedz przyszła migiem i oczywiście swój finisz "Savage Beauty" miał w Londynie.
   Berlin zawsze bliżej niż Londyn, można podjechać na stopa a przespać się u siostry :)

   Nie wiem jak wy drodzy czytelnicy, ale ja w swoim życiu miałam takie sytuacje, które czarno na białym mówiły, że nic z tego nie będzie.
Ale jak ja na coś się uprę i bardzo mi na tym zależy to stanę na głowie ale to osiągnę.
Zrobię wszystko.
Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli się czegoś pragnie czy też do czegoś dąży.

   Oczywiście pieniądze zdobyłam, bilety kupiłam i w ekscytacji oczekiwałam dnia wylotu do Londynu. Nawet zakupiłam  przewodnik turystyczny, który okazał się niepotrzebny. Ale o tym dalej.




   Gdy już miałam bilety w rękach, rozglądałam się za jakimś hostelem lub tanim hotelem. Po intensywnych poszukiwaniach stwierdziłam, że nie ma potrzeby wydawać kasy na przespanie się jedną noc mając na uwadze, że wakacje zaczynają się nam dopiero po powrocie z Londynu.
   Dwadzieścia lat temu trzy dni się nie myłam na Woodstock'u i żyje. Przepraszam, skłamałam. Zażywałam kąpieli błotnych :)
Ograniczyliśmy więc nasze potrzeby do minimum, żeby jak najmniej wydać pieniędzy.

Pojechali.
Polecieli.


Gdzieś w chmurach...

   Uwielbiam latać samolotami.
Oczywiście lecieliśmy z Modlina, a samochód zostawiliśmy na parkingu obok lotniska, było o ponad połowę taniej i strzeżony :)
Wylot do Londyn Stansted 6:30, w centrum stolicy byliśmy ok. 12:00
Jeszcze na pokładzie  samolotu kupiliśmy bilety na autobus do centrum Londynu.

   Londyn od razu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam sobie, ba, powiedziałam fotografikowi, że jak bym urodziła się Brytyjką, to byłabym z tego dumna. Ciekawe, nigdy nie przejawiałam żadnych patriotycznych odczuć, czuję się mieszkanką świata.
No ale Londyn jest wyjątkowy. To inny świat.
W Berlinie się tak nie czułam, a to też wielokulturowa  stolica, w Dublinie też nie.
Ha!!! Wiem.
Pewnego czasu będąc w Belfaście, byłam pod ogromnym wrażeniem tego miasta, niesamowitej architektury z epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej. Zawsze mówiłam, że tam kiedyś wrócę, Nie mam z tego "czerwonego miasta" żadnej fotografii.
Oczywiście Londyn jest bardziej zacny, wyszukany, ale najbliżej wspomnieniami i odczuciami jest mi właśnie do Belfastu.

   Wystartowaliśmy z Victoria Station. Mielismy ok. 3h na dojście do muzeum i zaopatrzenie się  w żywność w jakimś sklepie. Tak, tak po Londynie poruszaliśmy się wyłącznie na piechotę. Zrobiliśmy ok. 70 km.
W którymś momencie głodni jak wilki, usiedliśmy na typowo londyńskich schodach przed wejściem do czyjegoś domu i zajadaliśmy się bagietkami, popijając je jogurtem. Jak typowi studenci. Oczywiście gdzieś w centrum, gdzie było na bogato. Reakcje londyńczyków: przyjemne zdziwienie, odczytane przeze mnie, o...można i tak :) Były uśmiechy nad krawatami i życzenia smacznego. Czasami miałam poczucie, jakby londyńska ulica nie widziała czy też nie wiedziała, że można i w ten sposób, zaspokoić potrzebę głodu :) Na luzie.

   Przed pójściem na wystawę byliśmy w Hyde Park, Kesington Palace, Kesington Gardens i Princess Diana Memorial Playground, a wychodząc ujrzeliśmy Albert Memorial i Royal Albert Hall.


Kesington Palace
Kesington Gardens


Albert Memorial
Bez deszczu, to nie Londyn. Parasolka znaleźna.
Albert Memorial
Kesington Gate 

    Czas przeleciał szybciutko, wrażeń co nie miara, ale tak naprawdę emocje to dopiero nadchodziły...
   Szybkim krokiem zmierzaliśmy do V&A Museum. Gdy dotarliśmy okazało się, iż mamy jeszcze trochę czasu, więc porozglądaliśmy się po muzeum.
W końcu wybiła moja godzina 15:30. Tłum ludzi w kolejce, ekscytacja latała w powietrzu, tylko fotografik w tym całym tłumie pozostał niewzruszony. Tak jak przewidywałam, nie można było robić zdjęć. Oczywiście gro ludzi, większość Azjatów, miało takie maciupkie kamerki, włożone do plecaka czy też w innym miejscu i pełzali jak ślimaki zatrzymując się co jakiś czas. Ochrona nie zwietrzyła podstępu.
   Pierwsze co poruszyło moją wrażliwość była ciemność, kolory i melodia, która wybrzmiewała. Wystawa była ułożona chronologicznie, zaczynając od pierwszych projektów Lee, jeszcze z czasów studiów, a kończąc na spektakularnych projektach geniuszu McQueena, którymi zachwycał się świat.
   Ludziom, którzy nie znają twórczości McQueena, wydawać się może, że to co widzą przed oczami jest niesamowite, nieziemskie, najpiękniejsze na kuli ziemskiej, ale idą dalej, by przejść do innego pokoju i... na widok kolejnego piękna po prostu brak im słów, czują tylko tańczące łzy w oczach...
   Perfekcja. To słowo idealnie oddaje sposób przygotowania ekspozycji. Większość była dostępna na wyciągnięcie ręki, także mogłam przyglądać się detalom w nieskończoność i podziwiać ich kunszt.
   Cała kolekcja liczyła sobie chyba 260 eksponatów w tym hologram 3D ukazujący Kate Moss z finału kolekcji "Widows of Culloden" z 2006 roku. Wystawa podzielona była na sześć pokoi, a każdy z nich przedstawiał inną epokę w twórczości projektanta.
Na moim Pinterest możecie zobaczyć zdjęcia z wystawy "Savage Beauty".
   Słuchajcie, ja tam siedziałam ok. trzech godzin. Gdyby nie fotografik, który co jakiś czas pytał czy już idziemy, siedziałabym tam do zamknięcia. Na samym końcu, na środku ostatniego pokoju były ławeczki. Po obejrzeniu z bliska eksponatów, siedziałam z każdej strony ławki, tak aby jeszcze z daleka chłonąć każdą ze ścian, na której były wyeksponowane projekty Lee. Moje wzruszenie na końcu sięgnęło zenitu i dało sobie upust w formie ciekłej. Jakaś Pani dała mi chusteczkę, ja prawie nigdy nie mam ich ze sobą,
   Po raz kolejny doświadczyłam stanu flow. Wiecie, to taki stan między satysfakcją a euforią, który spowodowany jest oddaniem się całkowicie jakiejś czynności. I w tym momencie człowiek traci samoświadomość, poczucie czasu, kompletnie nie czuje lęku ani strachu. Totalna wolność i zatracenie się w tej czynności, która uskrzydla, po prostu płyniesz. Nieziemskie uczucie...
   To była najpiękniejsza, najbardziej zjawiskowa, wystawa na jakiej byłam w swoim życiu. Myślę sobie, że poprzez sposób zbudowania dramaturgii, dzięki muzyce, która tam brzmiała, kolorystyce, sposobu już samej ekspozycji projektów, ba, samych projektów można było w jakimś stopniu zajrzeć do duszy Lee Alexandra McQueena. 
   Nasze spotkanie trwało krótko, niechętnie rozstawałam się z jego światem, ale cieszę się, iż mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu. Te emocje są ze mną nawet teraz, kiedy wracam wspomnieniami do tamtych chwil próbując przelać uczucia w formę słowa.


Po wyjściu z wystawy "Savage Beauty" można było kupić sobie pamiątki.  

 A zaskakujące były dla mnie słowa fotografika, który pierwszy raz od 10 lat jak się znamy, był pod ogromnym wrażeniem sposobu w jaki została zaprezentowana wystawa "Savage Beauty".  Moda go kompletnie nie interesuje, a mimo wszystko był pełen podziwu i uznania. To był jego pierwszy zachwyt nad wystawą, jaki w nim widziałam, a trochę sobie już pochodziliśmy na te wystawy przez te tyle lat...


   Po "Savage Beauty" już na spokojnie zwiedzaliśmy muzeum, zaglądając tu i ówdzie na inne wystawy. 



Szklana rzeźba w V&A Museum by Dale Chihuly
Wystawa - What is Luxury ?? 
Studio Drift, Fragile Future Concrete Chandelier.
Wykonane przez Lonneke Gordijn i Ralph Nauta z brązu fosforowego, nasion mniszka lekarskiego i LED. 
Korona wykonana w stylu rokokowym ze złota, diamentów, szmaragdów i rubinów: Portugalia 1760 rok.
"Monkey Business"  by Studio Job. Wykonano z brązu złocoengo, ręcznie malowanego aluminium oraz kryształów Swarovskiego.

Dziedziniec V&A Museum






   Po wyjściu z V&A Museum udaliśmy się do luksusowego domu towarowego Harrods. Nazwa ta pochodzi od nazwiska Charlesa Henreyego Harrodsa, który otworzył swój sklep w 1849 roku w dzielnicy Londynu zwanej Knightsbridge. 
   Charles Henry pierwszy swój biznes otworzył mając 25 lat, a było to w 1824 roku na południe od Tamizy, w Southwark. W 1934 w londyńskiej ubogiej dzielnicy Whitechapel 4 Cable Street East End, (tak, tak dokładnie w tej samej dzielnicy Kuba Rozpruwacz dokonał 11 morderstw) był dystrybutorem herbaty. W 1849 roku otworzył nową siedzibę hurtowni w Eastcheap 38. W tym samym roku zakłada małą firmę spożywczą i sprzedaje kawę, herbatę i produkty spożywcze w Knightsbridge, 105 Brompton Road. Harrod ucieka od ówczesnego miejskiego zgiełku jak również wykorzystuje nadejście w 1851 roku Wystawy Światowej, (The Great Exhibition) która w XIX wiecznym Londynie odbyła się na obrzeżach (dzisiejszy Hyde Park).
Warte uwagi jest to, iż ogromny zysk z wystawy 186.000 funtów został użyty do założenia Muzeum Wiktorii i Alberta (V&A Museum), Muzeum Nauki (Science Museum) i Muzeum Historii Naturalnej (Natural History Museum). A za tym wszystkim stoi m.inn. Książe Albert.
   Początkowo ów Harrods był sklepem spożywczym i jednym pomieszczeniem, w którym pracowało dwóch sprzedawców i goniec :)
  W 1861 roku Harrod sprzedaje sklep synowi, ale pracuje w nim do 1864 roku.
Handel rośnie z dnia na dzień i w 1868 roku sklep ma szesnaście pracowników a obroty wynoszą 1000 funtów na tydzień. Harrod koncentruje się na wspieraniu bogatych ludzi w swoim sklepie i dostarcza zindywidualizowane usługi dla bogatych i ważnych klientów. Mniej więcej w tym czasie, swoje produkty spożywcze pakował w patriotyczny papier w kolorach flagi brytyjskiej. Z czasem, Charles Digby Harrod - syn Harrodsa, powiększa swoją powierzchnię o kolejne pomieszczenia 101 i 103 Brompton Road, na tyłach powstaje magazyn oraz usługa samochodu dostawczego oraz rozszerza asortyment o leki, kosmetyki, perfumy, materiały piśmienne.
   W 1873 roku nazwa "Harrod Store" pojawia się z przodu sklepu.
   W roku 1883 sklep miał sześć działów, ponad pięć pięter oraz ponad dwieście asystentów. 7 grudnia tego samego roku sklep spłonął doszczętnie. Na szczęście był w pełni ubezpieczony. Harrod zareagował natychmiast i napisał ogłoszenie do gazety, iż zamierza kontynuować działalność i tymczasowo przenieść sklep do Hall Humphrey Knightsbridge. Mimo poniesionych strat i gorącym okresie przedświątecznym Harod nie zawiódł swoich klientów i zrealizował świąteczne zamówienia swoich klientów z rekordowym zarobkiem. Te działania pozwoliły utrzymać klientów do nowo otwartego sklepu, po tej samej stronie , a miało to miejsce we wrześniu 1884 roku.
W owym czasie klientela była zacna:
Oscar Wilde, Alfred Hitchock, Lillie Langtry, Ellen Terry, Charlie Chaplin, Noel Coward , Gertrude Lawrence, Laurence Olivier i Vivien Leigh, Sigmund Freud :D, AA Milne (ten od Kubusia Puchatka, i ten, który sprezentował swojemu synowi na pierwsze urodziny pluszowego misia ze sklepu... no oczywiście że z londyńskiego Harrodsa firmy Alfa Farnell :D Był to pierwowzór Kubusia Puchatka ) oraz brytyjska rodzina królewska.
   W 1889 roku Charles Digby Harrod idzie na emeryturę i sprzedaje sklep i tak powstaje spółka z ograniczoną odpowiedzialnością pod nazwą Harrod Stores Limited.
To właśnie w tym sklepie wybudowano pierwsze w Wielkiej Brytanii ruchome schody, a było to 16 listopada 1898 roku. Nerwowym klientom, podawano brandy po przejażdżce...
   Obecny budynek pochodzi z 1905 roku zaproponowany przez architekta Charlesa Williama Stephensa.
I tu interesująca, pierwotna historia początków powstania świątyni luksusu się kończy.
   Dewizą Harrodsa jest OMNIA OMNIBUS UBIQUE, w wolnym tłumaczeniu znaczy: Wszystko Dla Wszystkich, Wszędzie / Everything for Everybody, Everywhere. I tak dokładnie jest. Slogan wskazuje na to, iż Harrods zadowoli najbardziej kapryśnego klienta, i tak było w 1967 roku, gdzie klient zażyczył sobie słonia :( W ciągu tygodnia zamówienie zostało zrealizowane.
Nawet sztabki złota można tam zakupić. Jeśli nie znajdziesz czegoś w Harrodsie, nie przejmuj się, dowolne towary można uszyć, wykonać lub sprowadzić extra dla Ciebie z najodleglejszych destynacji świata. Tam nawet jeśli jesteś nikim to i tak jesteś kimś... bo masz pieniądze, duuużo pieniędzy.
Zwiedzając Harrods z szybkością fotonów, nie dało się mimo wszystko nie zauważyć ogromnej ilości muzułmanek, które siedząc w pięknej i bogato zdobionej scenerii, raczyły się dobrami luksusowymi, które dostarczała im obsługa. Prawie jak 150 lat temu... tylko z innymi rekwizytami.
Ja za ich przykładem poszłam się raczyć sama.
A co!!!
Ja tam nie lubię jak mi ekspedienty dupę zawracają wyuczonymi formułkami.
A poza tym, skoro usługi zindywidualizowane, więc poszłam za ciosem i sama sobie je zindywidualizowałam :)

Wszystko co niebieskie jest przepiękne. A Majolica od Dolce & Gabbana widziana na żywca jeszcze piękniejsza niż na fotach.
Jak bym ją miała...to pasowała by do mnie ??
Leży jak ulał, brać jedną czy dwie ??

   Fotograf chyba onieśmielony wszechogarniającym luksusem i bogactwem niechętnie robił zdjęcia. On zaczekał na parterze, a ja przeleciałam cały Harrods wzdłuż i wszerz. Nie szukałam, ale wierzę na słowo, iż jest tam nasza La Mania. A gdybym wzięła ze sobą więcej pieniędzy, kupiłabym coś Emi (pies Shih Tzu).
   W świątyni luksusu obowiązuje dress code. Klienci ubrani w kostiumy kąpielowe, szorty, spodenki kolarskie, sandały na pasku, klapki, nie zostają wpuszczeni. Również osoby z irokezami i z walizkami oraz plecakami też nie są mile widziani. Pan portier zwrócił mi uwagę, abym nie trzymała plecaka na plecach tylko w rękach z przodu. Nie wolno również tam wchodzić w ubraniach brudnych i podartych. Strój nie powinien odsłaniać intymnych części ciała. Nie można też nosić koszulek z wulgarnymi sloganami i zdjęciami ani typu crop top.
Wejścia do bajkowej krainy, a jest ich aż 11 automatycznych drzwi, otwierają się o godzinie 10;00 z dokładnością do pół minuty ponoć. Ten najsłynniejszy sklep na świecie posiada 330 działów, a powierzchnia wynosi 90 tysięcy metrów kwadratowych. Główna fasada oświetlona jest 12 tysiącami żarówek, w tym 300 jest wymienianych codziennie. Ponoć po 24:00 rzadko się jeszcze świeci.
Charakterystyczne jest to, iż salony poszczególnych marek nie są zamknięte a wyeksponowane na otwartej przestrzeni.
Pracownicy Harrodsa są przedstawicielami wszystkich kontynentów i reprezentują 50 krajów, pracuje ich tam... 5.000.
Światowy gigant dóbr luksusowych obsługuje rocznie 15 milionów klientów.
   Jasne jest, że tam wrócę. Nawet kilkugodzinne jednorazowe wejście nie wystarczy, aby móc nacieszyć się pięknem architektury, bajkowym wystrojem komnat, podziwianiem asortymentu, ba, rozeznanie się w nim czy też samą obserwacją ludzi.
Jedyne co mi się tam nie podoba to ogromna ilość wszystkiego na małej powierzchni. Wszak jest to charakterystyczne dla Londynu.

   Kolejny cel na mapie brytyjskiej stolicy to Big Ben i London Eye. Po drodze natknęliśmy się na Buckingham Palace. Niczym doszliśmy do celu (pamiętajcie, że my cały czas nogami do przodu, tzn na piechotę) robiła się już szarówka. Przy Tamizie zrobiliśmy sobie przerwę, a chyba ze dwie godziny, zmęczeni chodzeniem, nawet nie chciało nam się ruszyć z fotela do toalety. A czekała nas cała noc na zewnątrz. Po odpoczynku udaliśmy się na Most Milenijny, a potem śladem kloszarda szukać miejscówki do spania...

Pałac Buckingham
Victoria Memorial
Big Ben

Po odpoczynku już. Tamiza, Big Ben, Palace of  Westminster.
 London Eye  
W oddali  Hungerford Bridge
Bo fioletowy kolor...

Hungerford Bridge
Widok z Hungerford Bridge na London Eye.





London Eye


   Londyn nocą jest przepiękny, ale to jedno z niewielu miast, które w ciągu dnia również zachwyca swoim pięknem, architekturą doniosłością i wytwornością.
Wszak nocną porą, nawet najmniej ciekawe miasta jawią się jak małe świecące diamenciki.
Mijając londyńskie uliczki w końcu znaleźliśmy odpowiednią miejscówkę na nocną drzemkę:
Cubana Bar - Restaurant. Były stoliki, krzesełka, zadaszenie i huśtawka... na której smacznie sobie spał jakiś kloszard. Miał lepiej niż my, wygodnie i mięciutko, a przede wszystkim na leżąco.
A taki widok mieliśmy piękny z tej restauracji.


   Po jakimś czasie, zapewne z powodu niewygody, udaliśmy się po raz kolejny na nocny spacer, z zamiarem znalezienia stacji kolejowej. Padło na Waterloo Station. Bramę otworzyli o 4:30, co za radość. Nareszcie się prześpimy jak normalni ludzie. Ulokowaliśmy się w na piętrze, w najbardziej oddalonym miejscu. I na jakiś miękkich ławkach, należących do kawiarni czy też restauracji spaliśmy jak susły, czasem budząc się na chwilę z powodu zimna. Koca nie mieliśmy, niestety.
Po przebudzeniu, normalnie jak zwykli ludzie poranna toaleta, ja make up, a potem udaliśmy się  na śniadanie do Costa i na kawę oczywiście. Trochę tam posiedzieliśmy.

   Wychodząc ze stacji uderzył mnie jeden szczegół. To był czas, gdzie ludzie śpieszyli się do pracy. Do autobusu jadącego Bóg wie gdzie, kolejka. Ale nie taka jak u nas, wyglądająca jak rozlane mleko. Wszyscy ludzie w ogromnie długiej kolejce, jeden za drugim, spokojnie, bez żadnych kłótni, posuwają się do przodu, aby w końcu przybliżyć się do drzwi autobusu. Kultura pełną gębą.
W sumie spotkałam się już z tym w Irlandii, ale za każdym razem mnie to zachwyca, jeszcze się odwracałam za siebie, aby móc na to popatrzeć raz jeszcze :)

   Będąc na moście Waterloo Bridge idziemy wśród tłumu ludzi idących szybkim krokiem.. zapewne do pracy. W życiu Warszawy nie widziałam czegoś takiego na jakimkolwiek stołecznym moście, aby Warszawiacy szli w ilości jak na pochodzie 1-majowym, w biurowym dress codzie, z teczkami do pracyyyy. Niebywały widok.

   Drugi dzień w Londynie już nie był tak intensywny jak pierwszy. Chcieliśmy zobaczyć Piccadilly Circus, a fotograf dom Sherlocka Holmesa.
   Piccadilly Circus to plac i skrzyżowanie głównych ulic w samym centrum kulturowego rewiru West End w Londynie, który jest częścią Soho. No ale to nie z tego powodu to miejsce znane jest na całym świecie. Otóż tłumy turystów jak i nas przyciągnęła po prostu i zwyczajnie ogromna reklama świetlna. Pierwsza podświetlana reklama Perrier  wisiała tam już w 1908 roku, a w 1910 rozpoczęto instalowanie reklam neonowych, swój debiut miała marka bulionów Bovril i napoje Schweppes. Piwo Guinness był pierwszą reklamą ruchomą, a marka Coke użyła jako pierwsza w swojej reklamie projektor komputerowy w 1998 roku. Od 2000 roku wprowadzono wyświetlacze LED. 
   Znane marki, które miały w tym miejscu swoje reklamy to m. in. : GAP, Canon, Panasonic, Burberry, Vodafone, Max Factor, Air India i cytat z piosenki Johna Lennona: "Imagine all the people living life in peace", opłacony oczywiście przez Yoko Ono.
 
Piccadilly Circus





   Fotograf ciągnął mnie przez londyńskie uliczki na Baker Street, bo sobie zobaczył w przewodniku, że jest tu jedyne na świecie Muzeum Sherlocka Holmesa. Po długiej drodze, z bólem stóp ( dobrze, że w ostatnim momencie zabrałam z domu bardzo wygodne klapki Birkenstock :D ), dotarliśmy na miejsce, a fotograf cyknął dwa zdjęcia, jedno w poziomie drugie w pionie, z oddali i rzekł: - Możemy wracać.
No i taki kawał szliśmy po to, aby zobaczyć główną fasadę no i cyknąć fotkę, która i tak była w przewodniku.


Turystyczny klasyk londyński. To było raniutko,  bo mam skarpetki.

   Resztę dnia spędziliśmy siedząc i pijąc latte i kawę. Ale niczym ze spokojem ducha usiedliśmy w kawiarence, to musieliśmy wrócić z Baker Street gdzieś w okolice Victoria Station, i znaleźć miejsce skąd odjeżdżają busy na lotnisko Stansted. Wylot ok 18:00.
Gdy już tak sobie siedzieliśmy i odpoczywaliśmy po londyńskim maratonie, nawet się nie chciało zrobić zdjęcia pięknej czarnej londyńskiej taksówce.
Ustaliliśmy, że niczym wyjedziemy na nasze wakacje po Polsce, to damy sobie czas jeden dzień na wyspanie się i spakowanie.

   Zwiedzając Londyn, tak przy okazji, nie mogłam się nadziwić jak na tak małej miejskiej przestrzeni, z tymi wąskimi uliczkami, i ogromnymi budynkami mieszczą się autobusy, samochody, skutery i rowery. Jadąc rowerzykiem, normalnie centymetry dzielą człowieka od prawie ocierającego się londyńskiego autobusu. Przy tam skarg, kłótni czy tez wymachiwania kończynami nie uświadczysz. Pełna kultura i dystans.
Mimo, iż ciasno i głośno w tym Londynie, i zapewne na co dzień ciężko tam mieszkać, to mimo tego, iż Warszawa ma większą przestrzeń, jest (o dziwo) spokojniejsza to wybieram Londyn/London/Londinium.
   Najbardziej uderzająca ta londyńska ciasnota jest na terenie centrum finansowego Londynu. Człowiek chodzi bardzo blisko budynków z głową w chmurach, a raczej głową w drapaczach, gdyż jest ich tam tak dużo na tak małej przestrzeni, że nieba prawie nie widać. Zapewne była czy też jest to bardzo ciekawa perspektywa, która niestety nie została uchwycona przez zmęczonych chodzeniem turystów. Ale mam za to widok nocny ( nie mieliśmy ze sobą statywu) na centrum finansowe z perspektywy  rzeki Tamizy.


Wodujący na brzegu Tamizy krążownik "HMS Belfast",statek - muzeum. Brał udział w kilku bitwach morskich oraz ochraniał konwoje na Morzu Arktycznym. Służbę swoją rozpoczął w 1939 roku. Uratowany przed złomowaniem  dzięki zbiórce społecznej i od 1971 roku służy turystom i nie tylko jako muzeum na wodzie.

   Przystanki autobusowe w Londynie są odwrócone, tzn. od strony ulicy jest przestrzeń zaszklona, a od strony chodnika otwarta. Myślę sobie, że to ze względów bezpieczeństwa, ale przez to na chodnikach nie można przejść, bo jest tak gęsto, a i tak tam wszędzie mało miejsca :P

   W Londynie nie jest Ci potrzebny przewodnik ani mapa. Wszystko podane na tacy, co krok, informacja dla turystów gdzie jesteś i gdzie z tego miejsca dojdziesz. Rewelacja.

 Londyńska przygoda dobiega końca. Wszystko ma swój początek i koniec. Ja preferuję być w trakcie drogi czyli jednak zmierzać do celu niż być w trakcie sekund jego urzeczywistnienia...

   O Londynie !!!
Nie mogę już doczekać się dnia, kiedy wrócę na dłużej, na duuużo dłużej, aby móc zagłębić swą duszę i umysł w tak oryginalnej urodzie. Tak wiele mam jeszcze do odkrycia...
Mam nadzieję iż nastąpi to szybciej niż myślę :)

   Wrócę i kupię Chanel 2.55 w Harrods.
A propos,
Z luksusowych domów towarowych widziałam już KaDeWe w Berlinie, Galerię Vittorio Emanuele II w Mediolanie no i Harrods.
Zostały mi do zwiedzenia wg. kolejności: Galeria Lafayette w Paryżu, La Reinascente Mediolan, Barneys NewYork, Harvey Nichols Londyn, Moskwa GUM oraz Istambuł Cevahir,

Tyle o Londynie.


2 komentarze:

  1. i za to trzeba Cię najbardziej podziwiać, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych ;)

    OdpowiedzUsuń